Od kilku dni w Bouar (Republika Środkowej Afryki), w którym żyją i pracują nasi bracia misjonarze, trwają walki pomiędzy rebeliantami, a armią rządową FACA. Wiadomości, które docierają od braci wskazują, że na razie nie grozi im niebezpieczeństwo.

27 grudnia w Republice Środkowoafrykańskiej odbyły się wybory, w których zwyciężył dotychczasowy prezydent Faustin-Archange Touadera. Wybory – według doniesień – odbyły się tylko na części terytorium kraju, a w ich trakcie władze miały dopuścić się licznych nieprawidłowości. W efekcie w kraju trwają walki będące elementem trwającej od 2013 r. wojny domowej.

Aktualnie w Bouar jest spokojnie, ale dochodzą informacje, że rebelianci się przegrupowują i organizują do kolejnego ataku na żołnierzy rządowych. Jak informuje brat Benedykt Pączka OFMCap, 2,5 tys. ludzi ze strachu uciekło z miasta i schroniło się za murami kapucyńskiego seminarium św. Wawrzyńca.

Dzisiaj również w Bangui (stolica RŚA) rozpoczęły się starcia. Brat Andrzej Barszcz OFMCap, który posługuje w przyległym do stolicy Bimbo, donosi o słyszanych wystrzałach. Podobno rebelianci otoczyli w głównych miejscach wjazdy do miasta.

Bracia Misjonarze gorąco proszą o modlitwę w intencji pokoju w tym kraju, o bezpieczeństwo dla jego mieszkańców i za nich samych.


Biuro Prasowe Kapucynów - Prowincja Krakowska

Gabon: narodziny Kościoła


 (Prawie) jak pocztówka z wakacji


Był drugi listopada, godzina siedemnasta. Zaduszki. Przewodniczyłem Mszy św. za zmarłych. Po niej, już w ciemnościach, przy blasku świec mieliśmy iść na cmentarz modlić się za bliskich, którzy już odeszli z tego świata. W czasie celebracji Eucharystii, cały czas widziałem przed sobą główne wyjście kościoła skierowane na zachód i… zachwycałem się widokiem. Przed kościołem jest nieskazitelnie zielony trawnik sięgający aż do skarpy (czyli około 10 m szerokości), na której jest zbudowana nasza świątynia. Przed samą skarpą rośnie rząd palm oleistych rozkładających dumnie swe okazałe pióropusze, a zaraz za skarpą lazurowa woda oceanu Atlantyckiego poruszana delikatną bryzą (która na szczęście wpada również do wnętrza kościoła by dać choć trochę ochłody zebranym ludziom). W oddali widać należące do Gwinei Równikowej zarośnięte dżunglą wyspy Elobey. A nad tym wszystkim blask czerwonego, zachodzącego słońca…. Dosłownie pocztówka z wakacji… I nagle zauważam coś, co mi psuje ten rajski, idylliczny widok: tuż przed wejściem do kościoła, po lewej stronie schodów, stoi ordynarna, czarna beczka… Fakt, bardzo użyteczna, zbiera deszczówkę z dachu kościoła, ale wprowadza zgrzyt w tę piękną harmonię barw, kształtów i perspektyw.
Dlaczego o tym piszę? Gdy coraz lepiej poznaję Kościół w Gabonie, tym bardziej jestem przeświadczony, że ten zatrzymany w kadrze obraz z beczką, doskonale ilustruje życie tutejszych chrześcijan. Jest pięknie, jest za co dziękować Bogu, ale jednocześnie zauważa się pewne wady, niekonsekwencje, coś co psuje ten piękny widok Kościoła gabońskiego. Powiedzmy jednak od razu: czy nie jest podobnie z każdym Kościołem lokalnym na całym świecie? Stąd nieustanna misja nawracania się, ewangelizacji….  
Zanim zacznę dzielić się moim doświadczeniem uczestniczenia w tej misji, proponuję najpierw prześledzić jak Ewangelia dotarła i zakorzeniła się na ziemi gabońskiej.
 

Preewangelizacja Gabonu


Za oficjalną datę rozpoczynającą działalność Kościoła katolickiego w Gabonie uważa się 29 września 1844 roku (czyli 50 lat wcześniej niż w Republice Środkowoafrykańskiej). Jednak nie oznacza to, że dopiero wtedy pierwszy misjonarz dopłynął do plaż okalających dżunglę gabońską. Już dużo wcześniej, nawet kilka wieków przed 1844 r. obecny był tu Kościół katolicki. Jednak były to sporadyczne i odizolowane w czasie i przestrzeni przypadki, nieraz powiązane z obecnością kolonizatorów. A jeśli udało się dotrzeć z Ewangelią do tutejszej ludności, to po dłuższym lub krótszym czasie, ziarno wiary, które już zakiełkowało w sercach ludzi, obumierało…
Pierwsze próby ewangelizacji zachodnich wybrzeży Afryki są ściśle związane z Portugalczykami. To oni jako pierwsi odkrywali te ziemie dla Europy. Jednak penetracja tych terenów od początku napotykała na poważne problemy: przede wszystkim występowanie tropikalnych chorób (żółta febra, malaria, itp.), na które w tamtych czasach nie było skutecznych lekarstw, a na które Europejczycy nie mieli żadnej odporności. Obawiano się również niespodziewanych ataków miejscowych ludzi, którzy nie zawsze byli wierni paktom zawartym z przybyszami (choć wina mogła leżeć oczywiście po obu stronach). Dlatego Portugalczycy zakładali pierwsze osady, faktorie handlowe i bazy wojskowe na niezamieszkanych wyspach okalających kontynent. Misjonarze bardzo szybko zaczęli przybywać na te nowo odkryte i zasiedlane tereny. W 1534 roku, na wyspie Św. Tomasza (która znajduje się około 230 km na zachód od wybrzeża Gabonu, a została odkryta przez Portugalczyków w 1471), założyli jedną z pierwszych misji. Placówka ta odegrała bardzo ważną rolę w ewangelizacji całego zachodniego wybrzeża Afryki, gdyż stała się bazą wypadową, skąd wypływały kolejne wyprawy misyjne na kontynent.
W tym czasie misjonarze osiągnęli największe sukcesy w Królestwie Konga, którego rubieże sięgały obecnego Gabonu. Kościół istniał tam przez prawie dwa wieki (1491-1661). Były już nawet lokalne powołania kapłańskie (bp. Henryk) czy zakonne (kapucyn, br. Franciszek). Niestety polityka kolonialna Portugalii zniszczyła ten kwitnący już Kościół nad brzegami rzeki Kongo.
W 1640 papież powierzył kapucynom ewangelizację tej części Afryki. Jednak kapucyni nic nie mogli wskórać, gdyż za każdym razem, gdy próbowali dotrzeć do terenów im powierzonych, byli aresztowani przez Portugalczyków lub Holendrów, a następnie deportowani.
Dopiero w 1777, włoscy kapucyni, którzy mieli swoją bazę na wyspie Św. Tomasza, wylądowali u wybrzeży Gabonu, w okolicach aktualnej stolicy kraju. Próbowali się tam osiedlić, ale ze względu na trudne warunki i wszechpanujący system niewolnictwa, nie pozostali na tych terenach na stałe. Tak to śmiertelne choroby tropikalne i polityka władców europejskich, rzucały kłody pod nogi ówczesnym misjonarzom…

Mission (impossible?): Gabon

Zmiana uwarunkowań politycznych i społecznych, która nastąpiła w pierwszej połowie XIX wieku, w tym najważniejsze wydarzenie – zniesienie niewolnictwa w 1848 roku, sprawiła, że trwalsze zaangażowanie się misjonarzy stało się możliwe. Zaczęli napływać misjonarze protestanccy (1842) i katoliccy. Spora grupa misjonarzy ze zgromadzenia Św. Ducha, wypłynęła w 1843 z Bordeaux, ale 28 września 1844 w Gabonie, w okolicach wioski Okolo (na terenie obecnej stolicy kraju), wylądowało tylko… dwóch. Pozostali zmarli, albo rozchorowali się w drodze (a konkretnie w Liberii, gdzie mieli przerwę w podróży). O. Jean-Rémy Bessieux i br. Grégoire Sey nazwali swoją pierwszą misję Sainte-Marie du Gabon. Dzień po przybyciu na ziemię gabońską, 29 września 1844 roku, w święto Michała Archanioła, odprawili pierwszą Mszę św. i ten dzień jest uznawany za oficjalną datę rozpoczęcia obecności Kościoła katolickiego w Gabonie.
Misjonarze, mimo bardzo trudnych warunków materialnych, od początku rozpoczęli dynamiczną działalność ewangelizacyjną. Zakładali nowe misje i szkoły. Niektóre z nich przetrwały próbę czasu, inne przestały działać. Ważnym wydarzeniem dla rozwoju misji było przybycie uwolnionych niewolników pochodzących z Konga. Było ich ponad czterdziestu. Stali się oni jednymi z pierwszych chrześcijan. Nawiasem mówiąc, stąd wzięła się nazwa stolicy kraju „Libreville” – „ Miasto wolnych”. Z kolejnych założonych misji, godne wzmianki są Donguila (1880, 45 km od Libreville) – tu była założona szkoła z internatem, która wykształciła pierwsze elity kraju, Lambaréné (1883, 30 dni płynięcia w górę rzeki Ogowe) – to tutaj założył szpital i pracował słynny Albert Schweitzer, oraz Boutika (1890 w Mouni, a pięć lat później przeniesiona do Boutika) – od dawna porzucona, było tu niższe seminarium, a warta wzmianki dlatego, że znajduje się na terenie… naszej parafii Cocobeach. Oczywiście wszystkie pierwsze misje były budowane tam, gdzie można było dotrzeć drogą wodną, gdyż drogi lądowe wtedy jeszcze nie istniały. Dlatego misje były usytuowane albo na wybrzeżu oceanu, albo w szerokich i długich ujściach rzek lub na brzegu większych rzek.
Następne lata to powolne docieranie do ludności zamieszkującej z dala od oceanu, w bezkresnej dżungli, która pokrywała całe terytorium kraju. Swoją posługę zaczynają pełnić katechiści (1890), pojawiają się pierwsze rodzime powołania kapłańskie (1899). Wszędzie, gdzie jest zakładana misja, oprócz prac ewangelizacyjnych, organizuje się wszelką pomoc służącą rozwojowi lokalnej ludności: szkoły, szpitale, warsztaty, itp.
Po 174 latach wytrwałej pracy misyjnej, jej efekty widać dzisiaj. Katolicy stanowią prawie połowę ludności Gabonu (dokładnie ile – konia z rzędem temu, kto potrafiłby to policzyć), parafie dające wiernym głęboką formację duchową, wielu świeckich bardzo zaangażowanych w prace pastoralne i socjalne. Naprawdę wyłania nam się piękna pocztówka z egzotycznego kraju…

 
A jednak są rysy na tej pocztówce…


Jak mówi powiedzenie: nie wszystko złoto co się świeci. I to jest prawda. Tak jak wszędzie gdzie są ludzie są i problemy, tu też. Te problemy mają swoją specyfikę wynikającą z kultury i historii tutejszej ludności i cały czas czekają na rozwiązanie: wierzenia synkretyczne, w które wchodzi również sporo katolików, niewystarczająco liczne lokalne powołania kapłańskie… Dodatkowo tutejsze rodziny i małżeństwa prezentują totalny chaos – są rozrywane i zszywane wiele razy a za każdym razem wychodzą z tych konfliktów w innym składzie. Odbija się to oczywiście najbardziej na dzieciach, które poranione emocjonalnie nie wiedzą kim są.
Na pewno kiedyś wrócę do tych problemów w moich listach. Wymagają one dogłębnego spojrzenia na ewolucję tutejszego społeczeństwa, gdyż wiele z tych problemów wynika z transformacji społecznej i kulturowej tutejszego narodu. Jest to również zadanie pastoralne dla nas, misjonarzy, by szukać trwałych rozwiązań tych problemów. Staramy się pomóc wiernym otworzyć serca na Dobrą Nowinę Jezusa Chrystusa, inkarnowaną w każdą kulturę, która ma moc czynienia wielkich rzeczy w każdym życiu…
Przeżywajcie radośnie i w pokoju zbliżające się święta narodzin Emmanuela.

brat Piotrek
Cocobeach, 17.12.2020.

Relacja z Gabonu - br. Piotr Michalik

Cocobeach
Jak byłem jeszcze w Polsce to śmiejąc się mówiłem, że sama nazwa miejscowości zwala z nóg. Człowiek od razu kojarzy sobie „Miami Beach” albo inne egzotyczno-turystyczno-bajkowe miejsce… Czy słusznie? Jak zwykle, rzeczywistość nie za wiele ma wspólnego z marzeniami i wyobrażeniami. A jak dalece od nich odbiega? Nie odpowiem, gdyż nadal odkrywam tutejsze realia. A najlepiej sami sobie stopniowo wyróbcie zdanie (dzięki moim listom, a także innym źródłom informacji)…
Wbrew pozorom, Cocobeach ma coś wspólnego z moją ostatnią misją – Ngaoundaye, czy w ogóle z Republiką Środkowoafrykańską. Otóż na kilka lat przed I Wojną Światową Francuzi oddali Niemcom część swoich kolonii w centralnej Afryce w zamian za ziemie w Maroku. Wtedy zachodnia część kolonii Ubangi-Chari (dzisiejsza RŚA) i północna część Gabonu stały się częścią kolonii niemieckiej (konkretnie Kamerunu). Czyli i Ngaoundaye i Cocobeach weszły pod panowanie niemieckie. W czasie moich pierwszych spacerów po miasteczku, szybko odkryłem pomnik upamiętniający jednodniowe walki o kontrolę nad tą miejscowością. 21 września 1914 z samego rana francuskie wojska kolonialne w sile 250 żołnierzy (przeważnie Afrykańczycy) zrobiły desant ze statku „Surprise” i po całodniowych walkach, gdzie zginęło około 20 żołnierzy afrykańskich, niemiecki garnizon, który istniał tu od 3 lat, poddał się.
Drugą sprawą, która łączy Gabon z RŚA to plemię Fang. Jest to najliczniejszy lud w Gabonie, a w samym Cocobeach wręcz dominujący. Jednak jego obecność na tych terenach jest stosunkowo świeża. Ich ojczyzną były tereny położone w dzisiejszym Kamerunie (środkowy zachód) i w… RŚA! A konkretnie mówi się o dorzeczu rzeki Sangha, czyli na południowym zachodzie RŚA. Dopiero pod koniec XIX wieku i na początku XX wieku zakończyli swoją powolną wędrówkę dochodząc w Gabonie i Gwinei Równikowej do wybrzeża oceanu Atlantyckiego.
Powrócę do nazwy Cocobeach. Początki nazwy tej miejscowości wcale nie były takie romantyczne. Oryginalna nazwa brzmiała „Koko y Mibitch”, która w języku plemienia Sékiani (plemię które zamieszkiwało te tereny przed przybyciem Fang) oznaczała „kłodę drewna”. Najprawdopodobniej było to zwalone drzewo, które służyło ludziom do przechodzenia na drugą stronę jednej z rzek. Natomiast angielska nazwa tej miejscowości świadczy o silnej, na przestrzeni wieków, obecności białych kolonistów. Ten region został zaznaczony obecnością najpierw Portugalczyków, potem Hiszpanów, Holendrów, Anglików, a od 1839 Francuzi zaczęli kolonizować Gabon.
Na pewno interesuje Was tutejszy klimat. Jest on… bardzo monotonny. W Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do ciągłej zmiany pogody na przestrzeni roku, czy nawet w ciągu doby. Nic z tego tutaj nie występuje, a jeśli zmiany są, to minimalne. Temperatura przeważnie mieści się przez cały rok w widełkach 23-31°C (23 w nocy, 31 w dzień). Natomiast temperatura wody w oceanie (na powierzchni) to 26-29°C. Dzień przez cały rok ma 12 godzin i  4 do 12 minut (znajdujemy się tylko niecały 1 stopień na północ od równika). Wilgotność powietrza wynosi 85-90 %. Prędkość wiatru w ciągu roku oscyluje pomiędzy 9,6 a 12,4 km/h. I tak jest przez okrąglutki rok.
Jedynym urozmaiceniem tutejszego klimatu są opady i to one są wyznacznikiem rozróżniającym sezony: deszczowy (długi i krótki) i suchy (długi i krótki). Przy czym warto zaznaczyć, że w czasie tutejszej pory suchej i tak zawsze coś w Cocobeach spadnie, a w Ngaoundaye przez 5 miesięcy pory suchej człowiek nie doświadczył ani kropli deszczu! W najbardziej deszczowym miesiącu (październik) w Cocobeach  spada 656 mm deszczu, w najbardziej suchym miesiącu (lipiec) spada 15 mm deszczu. Roczne opady wynoszą 3080 mm (dla porównania w Warszawie wynoszą one 501 mm, a w Bouar w RŚA 1400 mm). Wody z opadów jest tyle, że w zasadzie w naszym domu prawie przez cały rok używamy wyłącznie deszczówki.
Region Cocobeach to strefa typowej puszczy tropikalnej, a samo miasto z wielu stron jest otoczone wodą: od zachodu i południowego zachodu oceanem Atlantyckim, a od północy ujściem rzeki Noya (po hiszpańsku Rio Muni). Z drugiej strony rzeki jest już Gwinea Równikowa.
Cocobeach jest miastem wojewódzkim, ale bardzo malutkim – posiada około 3 tys. mieszkańców. Są to tubylcy: Fang, Sékiani. Wielu z nich ma swoje rodziny, a nawet swoje korzenie w sąsiedniej Gwinei Równikowej. Mieszkają tu też funkcjonariusze państwowi (plemiona Punu, Nzebi) przybyli ze stolicy kraju (Libreville), oraz imigranci – rybacy (Benin, Nigeria), kupcy (Kamerun, Mali, Niger, Mauretania itp.) i inni (Togo, Wybrzeże Kości Słoniowej…).
Ludzie żyją tu przede wszystkim z rybołówstwa i handlu. Oczywiście każdy ma też małe poletko przydomowe, na którym uprawia przede wszystkim bananowce i maniok a większość mężczyzn chodzi do puszczy na polowanie. Ponieważ od pewnego czasu handel przygraniczny zamarł (granica jest zamknięta, nie za bardzo wiadomo dlaczego), więc i miasteczko wyludniło się a życie stało się senne….
Są tu dwie szkoły podstawowe (w tym jedna katolicka), liceum, szpital… Jednak wszystko to  funkcjonuje z wielkim trudem. W szkole katolickiej (utrzymywanej przez państwo) pracuje tylko dyrektor szkoły - sam jak palec i ani jednego nauczyciela. Jak ma nauczać w pięciu klasach jednocześnie? Szpital to tragedia. Byłem tam z raną na nodze i nie mieli nawet rzeczy koniecznych do zmiany opatrunku…. Natomiast to co w miarę dobrze działa – i to jest wielka dogodność w codziennym życiu – to elektryczność z miasta.
Może powrócę do tematu szpitali. Jedną z pierwszych rzeczy, które poznałem tutaj to, wbrew wszelkim oczekiwaniom, było życie w szpitalu. Tydzień po przybyciu do Cocobeach zaatakowały mnie jednocześnie malaria i infekcja nogi, która została spowodowana źle zaleczoną raną. Prawie tydzień starałem się leczyć w domu, ale wysoka gorączka (39,5° C) cały czas wracała, noga coraz bardziej puchła, rana jątrzyła się, więc w końcu podjęto decyzję, że trzeba jechać do szpitala. Nie do tego w Cocobeach (powody opisałem wcześniej), ale do Polikliniki dr Chambrier w Libreville, bo na podstawie  umowy archidiecezji z tym szpitalem misjonarze mogą się tam leczyć, a archidiecezja pokrywa koszty. I całe szczęście, bo rachunek pewnie był słony. Leżałem w szpitalu 6 dni i nocy, non stop podpięty pod kroplówki. Komunia św. była mi udzielana przez nadzwyczajnego szafarza  a raz przez kapelana. Personel szpitala był niezwykle uprzejmy i fachowy. A ja oprócz gorączki czułem frustrację, że przyjechałem tu do pracy, a leżę bezczynnie w sali szpitalnej. Po powrocie ze szpitala, kolejny tydzień staram się siedzieć w pokoju i czekać cierpliwie aż rana całkowicie się zagoi. Teraz muszę przerwać pisanie i iść do kościoła na adorację, różaniec i Mszę św.
Napisałem tych kilka słów o miejscu gdzie jest mi teraz dane żyć, gdyż dla większości z Was jest to absolutna nowość. A o tutejszym Kościele, wierze ludzi, naszej pracy misyjnej napiszę następnym razem.
Pozdrawiam serdecznie


br. Piotrek

 8 listopada obchodziliśmy Dzień Solidarności z Kościołem Prześladowanym. W tym roku szczególnie solidaryzujemy się z Kościołem w Republice Środkowoafrykańskiej
Dzięki uprzejmości Papieskiego Stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie przedstawiamy wypowiedzi naszych misjonarzy na temat Kościoła w RŚA.

br. Robert Wnuk



br. Robert Wieczorek



br. Piotr Michalik



br. Artur Ziarek



br. Maciej Jabłoński

 

Gabon, nowa misja brata Piotra Michalika


Kilka dni temu br. Piotr wyjechał do Gabonu na swoją nową misję afrykańską. Po dwudziestu siedmiu latach pracy w Republice Środkowoafrykańskiej poprosił o zmianę, gdyż jak sam mówi, to co miał zrobić w RŚA już zrobił. W Gabonie dołączył do braci kapucynów z Prowincji Warszawskiej, którzy od dwudziestu lat pracują w tym kraju. Aktualnie prowadzą  cztery placówki misyjne, które ulokowane są wzdłuż linii brzegowej  Oceanu Atlantyckiego. Dzięki obecności brata Piotra w Gabonie będziemy od tej pory mieli okazję poznawać ten mały zakątek Afryki. Oto pierwsze wrażenia brata Piotra po przybyciu do Gabonu.  

Pokój i Dobro

Z Ntoum w Gabonie pisze misjonarz br. Piotr Michalik
Moja nowa misja i kolejny kraj misyjny – Gabon. Muszę się uczyć Afryki od nowa… Praktycznie cały Gabon znajduje się w strefie puszczy tropikalnej, która charakteryzuje się dużą ilością opadów, długą porą deszczową i krótką suchą (w czasie której i tak coś tam pada). Niektórzy wyróżniają tu dwie pory deszczowe, krótką i długą, i dwie pory suche – również krótką i długą. Wczoraj po południu zaczęło padać. Dzisiaj również non stop pada. Przez większość czasu rzęsiście. Jest parno. Czuję wszechobecną wilgoć. Woda i wilgoć atakuje wszystko. Widać to zwłaszcza na budynkach - nawet te nowe sprawiają wrażenie starych, na murach wszędzie są zacieki. Nawet jeśli budynki kiedyś pomalowano, to kolory już dawno zblakły. Widać zmurszałe drewno więźby dachowej, a w zagłębieniach ziemi rozlewają się potężne kałuże, bo gleba już więcej wody nie przyjmie…
Na szczęście nie ten klimat jest najważniejszy, a klimat panujący między ludźmi. Na nowej misji bracia przyjęli mnie po królewsku (to widać, słychać i czuć), a mieszkańcy z dużą otwartością i sympatią witają się ze mną. Gdy spotkam jakiegoś Środkowoafrykańczyka, to rozmowom w języku sango nie ma końca…. Pierwszą misją, do której mnie zawieziono po przyjeździe z lotniska, było Melen. Jest to przedmieście Libreville, blisko wylotowej drogi, która łączy stolicę z resztą kraju. Z pozostałych trzech stron Libreville jest otoczone przez ocean lub laguny. Znajduje się tutaj sanktuarium maryjne. Była tu kiedyś figurka NMP w jakiejś mizernej chatynce. Jak pierwsi kapucyni, 20 lat temu, przybyli do Gabonu, to jeden z nich, br. Jarosław (prawie że mój krajan, bo z Głuchołaz na Opolszczyźnie), postanowił zaopiekować się tym miejscem. I obecnie jest to jedno z najważniejszych miejsc pielgrzymkowych stolicy, a może i całego kraju. To, co zaraz po przyjeździe do sanktuarium przykuło moją uwagę, to grupka ludzi na kolanach modląca się pod krzyżem. I to jak żarliwie modląca się! Nawet nie obejrzeli się z ciekawości, by zobaczyć, kto to taki przyjechał. Tak byli zatopieni na spotkaniu z Panem… Sporo ludzi uczestniczyło we Mszy św., mimo obostrzeń związanych z pandemią koronawirusa, a po ich twarzach widać było, że wiedzą, po co tu przyszli. Po Mszy św. odprawiliśmy adorację Najświętszego Sakramentu i nawet grupa dzieci przyklęknęła na małą chwilę przed ołtarzem, by się pomodlić w skupieniu…. Bardzo mnie to uradowało, że są tu ludzie, którym naprawdę zależy na relacji z Bogiem i szukają jej w modlitwie.
Gabon, a zwłaszcza jego stolica – Libreville, są kosmopolityczne. Dużo tu obcokrajowców: Francuzów czy innych Europejczyków, Chińczyków, Hindusów, a zwłaszcza Afrykańczyków z innych krajów tego kontynentu. Np. Tomasz, który mieszka w naszym domu w Ntoum, to Liberyjczyk, Józef – nasz tutejszy murarz – jest Środkowoafrykańczykiem, doktor Jeanine, u której wczoraj byliśmy poświęcić dom, jest z Beninu, itd… Może dlatego nie ma tu jednego języka narodowego – jak język sango w RŚA. Jest tylko język oficjalny – język francuski, który dla sporej części Gabończyków (zwłaszcza tych z miast) jest pierwszym językiem mówionym. Również w Kościele cała działalność duszpasterska jest po francusku. Nie oznacza to, że odcięto się od korzeni tutejszych ludzi. Lokalnie używa się 5 plemiennych języków: Fang, Inzebi, Lembaama, Omyènè i Yipunu. I są podręczniki, które uczą tych języków. Czyli ludzie nie chcą, by te języki zaniknęły. Ponieważ tam, gdzie mam pracować, mieszka przede wszystkim lud Fang, chcę choć trochę nauczyć się ich języka.
Obserwując okolice naszej misji na przedmieściach stolicy, mam mieszane uczucia. Libreville na pewno jest bogatsze niż Bangui – stolica RŚA. W stolicy Gabonu jest dwupasmowa obwodnica, kilka skrzyżowań dwupoziomowych (w całym RŚA nie ma ani jednego). Jest o wiele większy ruch samochodowy i sporo budowli reprezentacyjnych…. Ale jakoś nie robi to na mnie wrażenia. Szukam wzrokiem dzielnic, w których żyją zwykli ludzie. Są tam domki ściśnięte jeden obok drugiego, poprzylepiane do stoków wzgórz i nawet jeśli zbudowane z pustaków i pokryte blachą, to jakoś szare, nieotynkowane, niedokończone, najprostsze i najtańsze w budowie, podniszczone przez wilgoć… Ledwie wyjedziesz z miasta, od razu dżungla obejmuje swoimi ramionami drogę i wszystko, co jest na niej… I tylko od czasu do czasu odnajdujesz w niej przycupnięte chatynki, których właściciele staczają codzienną, heroiczną walkę, by dzika zieleń nie pochłonęła ich domostw…
W wioskach można zobaczyć dwa rodzaje domów: dosyć ładne, obszerne, wykonane z pustaków, albo małe, niskie, zbudowane z desek i pokryte byle czym…. Tych drugich jest zdecydowanie więcej, zwłaszcza im dalej od stolicy. Jednocześnie jeden detal rzuca się w oczy: wszędzie jest elektryczność, a nawet na tych najuboższych domach znajduje się antena satelitarna.
Natomiast wczoraj po południu zobaczyłem coś zaskakującego. Poszedłem z moim współbratem Piotrem poświęcić nowy dom jednej z parafianek – doktor Jeanine. Mieszka ona w dzielnicy domków jednorodzinnych zbudowanych przez tutejszego dewelopera! Budowa całej tej dzielnicy sfinansowana została przez tamtejszy ZUS. Domy są piękne i na pewno nie na kieszeń statystycznego Gabończyka… Muszę się dowiedzieć, czy dużo jest tu takich dzielnic i jakie kryteria trzeba spełnić, aby tu zamieszkać.
Wszędzie widać zieleń. Wszędobylską, agresywną, ale piękną. Tu wszystko bujnie rośnie, może oprócz tego, co nie lubi za dużo wody. Przypatruję się przydomowym ogródkom: parada kolorów różnych gatunków kwiatów, krzaków, palm ozdobnych, drzew owocowych, bananowców itp.
Pojechaliśmy do Ntoum, naszej trzeciej placówki misyjnej. Ntoum to dosyć duże miasteczko, nasza największa parafia z 11 wioskami dojazdowymi. Wieczorem br. Piotr odprawiał polową Mszę św. dla neokatechumenatu. Całe rodziny brały w niej udział. Ich pełen zapału śpiew słychać było z daleka. Jest wiara w narodzie! Później dowiedziałem się, że z powodu obostrzeń Msza z udziałem tylu wiernych mogła być wyłącznie na świeżym powietrzu, nie w świątyni.
Uczestnictwo wiernych na Mszach w kościołach jest źródłem konfliktu gabońskiego Episkopatu z rządem. Gabon jest państwem, które bardzo szybko wprowadziło drastyczne środki, aby zahamować rozwój koronawirusa. Było chyba pierwszym krajem w Afryce, które zamknęło swoje granice (dlatego na nową misję nie pojechałem bezpośrednio z RŚA). Nakazano także zamknięcie wszystkich miejsc kultu. Maksymalna liczba ludzi na jakiejkolwiek imprezie nie mogła przekroczyć 10 osób. Przy czym sytuacja wcale nie jest dramatyczna. Od początku pandemii zachorowało 8 901 osób i 54 osoby zmarły. 21 października było 17 zdiagnozowanych chorych i żadnego przypadku śmiertelnego (na 5 330 przeprowadzonych testów).
Od dłuższego czasu Episkopat gaboński pertraktował z rządem by rozluźnić restrykcje dotyczące kultu religijnego. Niestety, nie doszli do porozumienia. Dlatego Episkopat ogłosił (bez zgody rządu), że od 25 października parafie zaczną normalnie funkcjonować. Kilka dni później rząd ogłosił rozluźnienie rygorów według ich koncepcji: od 30 października w nabożeństwach może uczestniczyć maksymalnie 30 osób. Jednak każdy z wiernych musi mieć mieć ze sobą wyniki testu na Covid-19 (oczywiście wynik negatywny) przeprowadzonego w ostatnich dwóch tygodniach. Obowiązuje również zakaz przyjmowania komunii świętej! Mimo kolejnej tury rozmów Episkopatu z rządem, do soboty wieczór strony nie doszły do porozumienia…
Efekt jest taki, że przez całą niedzielę przed każdym kościołem stała żandarmeria lub policja, by pilnować, czy zakaz rządu jest respektowany. W takiej sytuacji biskupi polecili, aby przed kościołami odmówić dziesiątkę różańca, odczytać Ewangelię, pomodlić się w intencji kraju i rozesłać wiernych. W większości przypadków obeszło się bez przemocy.
Mimo że jestem człowiekiem jeszcze tutaj nieznanym, to ludzie, których pierwszy raz widziałem na oczy, zadawali mi bardzo ważne dla nich pytanie: kiedy w końcu będą mogli swobodnie przyjść na Mszę?
Niech Pan nam wszystkim błogosławi.
br. Piotr

br. Robert Wieczorek

Warto zobaczyć

4pomoc